Mama2c

Mama2c

piątek, 28 października 2016

Palmiarnia w Poznaniu plus proza życia codziennego...

Powiało optymizmem, co? :) A jeśli napiszę, że właśnie mieliśmy dojeżdżać do Gdańska, a ja siedzę teraz przed laptopem, to będę z tego pesymizmu choć trochę rozgrzeszona...?

Wszystko po kolei...

Obiecałam osobny wpis z palmiarni. Dlaczego osobny? Odpowiedź jest prosta- zrobiłam tam chyba dwa razu więcej zdjęć niż samego Poznania :) Cóż, nie jest tajemnicą, że w takich miejscach "odlatuję" :) Tym razem nie było inaczej- Palmiarnia w Poznaniu mnie zachwyciła. Jeśli jednak wyobrażacie sobie spokojne popołudnie wśród egzotycznych roślin i mnie uczącą się ich łacińskich nazw, to przypomnę Wam, że dzieci były z nami. A to, w przypadku naszych dzieci, zmienia niemal wszystko. I tu będzie taka mała, malutka, mikroskopijna wręcz dygresja na temat tego, czy aby na pewno wychowujemy (też) przykładem... Otóż tak- my z Marcinem pomijając fakt, że umiemy się w takich miejscach zachować (no dobra, dobra- stare konie z nas, to umiemy :p), zwyczajnie lubimy sobie pochodzić, poczytać, zdjęcie zrobić... Natomiast, te dwie, co to je na świat powołaliśmy... No jakby tak z buszu wypuszczone. Dosłownie. I pewnie powinnam tu spuścić kurtynę milczenia, ale nie! Nie tym razem. Tym razem sobie poużywam. I zdradzę też, że mamy mają czasem bardzo, bardzo czarne myśli. I mroczne :)

I o ile na Elizę jeszcze działał nasz podniesiony ton, to Lila poszła już kompletnie na całość i nie pytajcie, co miałam ochotę Jej zrobić. W przerwach oczywiście, kiedy akurat nie zastanawiałam się, co też kurna, zrobiłam źle. Dlaczego te dzieci nic nie interesuje?! Ani gekon, ani drzewo kiełbasiane, ani rośliny mięsożerne, przy których niemal siłą postawiłam Elizę i kazałam słuchać, co mama z babcią mają ciekawego do powiedzenia... Mina zdradzała, że była zainteresowana, że hohoho...

I tak sobie czule pomyślałam, o wszystkich tych, którzy gorliwie zapewniali nas, że koniecznie, ale to koniecznie musimy pojechać z dziewczynami do Centrum Nauki Kopernik... Ta, jasne... Już ruszamy. Ogarnijcie się, moje Drogie Dzieci, bo mama już bardziej siwa nie chce być!

W każdym razie, jak wspominałam, palmiarnię Wam polecam- szczególnie z dziećmi w wózkach, które można unieruchomić, bo ostrzegam- alejki wąskie :) a rozbiegana dzieciarnia, może nie zauważyć, że przekracza jakieś granice...

A już w ogóle jak macie możliwość, to zostawcie dzieci i jedźcie sami, tak jak my planowaliśmy do Gdańska... Ale o tym za chwilę, a tymczasem spójrzcie na zdjęcia:


























No to, żeby nie było, że już tacy do końca wyrodni z nas rodzice- my naprawdę, jak już chyba zauważyłyście, lubimy (MIMO WSZYSTKO :)) wyjazdy z dziećmi. Niestety, tego czasu we dwoje mamy ostatnie tak mało, że wypad bez dzieci do Biedronki, staje się niemal świętem, randką... Także kiedy nadarzyła się okazja, żeby tak wyskoczyć sobie w październiku do Gdańska, we dwoje, albo z zaprzyjaźnioną parą (która oczywiście milion razy zmieniała zdanie, czy dadzą radę, w końcu jednak nie dali...), nie zastanawialiśmy się ani chwili... I wiecie co? Nie będę już ze szczegółami opisywać, jak na ten wyjazd się cieszyłam, bo chyba porównanie, że jak dziecko, będzie najtrafniejsze. Sama nie wiem, jak udało mi się nie zrobić listy rzeczy do zabrania, jak w 4klasie szkoły podstawowej przed wycieczką do Torunia... Wyjazd miał być powiązany z Marcina sędziowaniem- takie dwie pieczenia na jednym ogniu, ekonomiczniej też... I kiedy wszystko było już dograne, ustalone, kiedy namierzyłam najlepszą cukiernię w Trójmieście (UMAM), gdzie mieliśmy sobie popijać kawkę i zajadać tartę mango-marakuja... Kiedy dzielnie walczyłam cały boży dzień z maluszkami, gdy moje koleżanki się pochorowały, Marcin przysłał mi smsa, że... sędziowanie przełożyli Mu na czwartek. Aha.
Świetnie.
Na czwartek.
W tygodniu.
O 20-tej, żeby było śmieszniej.
...
Kurwa.
I bez komentarza.

Tutaj muszę jednak napisać, że choć jesteśmy po ślubie ponad 11lat, a mój mąż ma bliżej do 40tki, niż do 30tki, a tym bardziej do 20tki- to uwierzcie- i gimbaza mogłaby się uczyć od Niego fantazji. Otóż trochę liczb- mecz o 20, co dawało powrót +/- 4nad ranem... W naszym oryginalnym planie, wyjeżdżać do Gdańska mieliśmy w piątek po pracy, czyli o 16. I zgadnijcie, no zgadnijcie, co Księciunio wymyślił? Tak, oczywiście, że tak- On po prostu stwierdził, że skoro mieliśmy jechać do tego Gdańska, to my tam pojedziemy. I, żeby było śmieszniej- według planu, czyli zaraz po pracy... Aha, bo ja jeszcze nie napisałam- Marcin szedł na 7 do pracy po tym powrocie z Gdańska...

Pośmiałyście się już? :)

Próbowaliśmy jeszcze jakoś te weekendowe plany ratować, że może jednak pojedziemy, ale w sobotę nad ranem, abo chociaż gdzieś bliżej... W końcu jednak proza życia zwyciężyła i w najlepszym wypadku pojedziemy gdzieś z dziećmi w niedzielę.
Zawód co najmniej taki jak wtedy, kiedy odkryłam, że nie osiągnąwszy nawet 160cm wzrostu przestałam rosnąć...

Tymczasem jutro będziemy załatwiać wszystko to, na co nie było czasu w tygodniu...

Na pocieszenie zostaje mi ten WPIS, z zeszłego roku... I jak tu nie doceniać prowadzenia bloga :)

A poza tym co? Praca, dom, sprawy mniej lub bardziej ważne. Wszyscy żyjemy już głównie urodzinami Lilki, zaproszenia do przedszkola zaniesione, jutro jedziemy zamówić tort do domu... Kreacja dla Jubilatki też wybrana, tylko muszę sprawdzić, czy się w nią zmieści :) Kreacja dla mamy wciąż nie wybrana, ale też się zastanawiam, czy w nią wejdę :D

Eliza tego problemu nie ma- środę i czwartek spędziła w domu, złapała jakiegoś wirusa i oj biedna, biedna była. Sama dziś stwierdziła, że chyba przez to schudła... I niewykluczone, że tak, chociaż Ona to naprawdę nie ma z czego...

W pracy minął kolejny tydzień... Nasze "trudniejsze" maluszki zaczynają pomału się przełamywać i takie chwile to najlepsza motywacja.


A na zdjęciu to, co bardzo z moimi bąbelkami lubimy robić- wspólne pieczenie. Na zdjęciu babeczki marchewkowe, z zaległego dnia marchewki. A dziś, w związku ze zbliżającym się Halloween, upiekliśmy ciasteczka dyniowe, ale póki co, zdjęcia nie są jeszcze zgrane do laptopa. Mam nadzieję, że rodzicom maluszków się spodobają.

Nie chcę nic mówić, ale na weekend zapowiadają w Szczecinie słońce... Aż wierzyć się nie chce.

No to za Gdańsk i do następnego :)

wtorek, 25 października 2016

2miesiące?!?!

Uwierzycie, że tylko tyle zostało do Świąt?! 2miesiące! Przecież to zleci jak z bicza strzelił...
I może dobrze, niech już będzie ten grudzień. I tak pewnie bez śniegu, ale sam fakt, że to już za chwilę, za momencik Gwiazdka, będzie wprawiał człowieka w inny/lepszy nastrój, bo póki co...



Właśnie! Szczecin zapomniał już co to prawdziwie słoneczny, względnie ciepły dzień... Owszem, owszem- zdarzają się jakieś prześwity- jak choćby dziś, przez całe pół godziny, ale błagam- moje stare kości potrzebują słońca znacznie, znacznie dłużej niż przez te marne 30minut. Pominę fakt, że większość tego czasu spędziłam w pracy :)

Chociaż... Jak się nie ma co się lubi, to się człowiek cieszy, że na przykład w deszczu do pracy nie idzie, a i to się często zdarzało... Do dupy jest ten październik, jednym słowem. Złota polska jesień? No raczej nie w tym roku. Chyba, że listopad przyniesie nam zmiany na lepsze... Zobaczymy.

Listopad tuż tuż, a to oznacza, że już wkrótce nasza mała Lilcia będzie zdmuchiwać na swoim urodzinowym torcie... cztery świeczki. Oczywiście jest tym faktem podekscytowana nie mniej niż Jej mama... tym bardziej, że przyznałam Marcinowi rację i będziemy świętować w sali zabaw. Tak, wciąż oburza mnie kwota, jaką sobie życzą za taką imprezę, ale trudno. W ogólnym rozrachunku i tak wychodzi więcej plusów takich urodzin niż minusów, więc nie będę już tak kurczowo trzymać się za kieszeń. Najwyżej odciągniemy Lilce z 500+.

A co do faktu, że panienka kończy już 4lata... Ostatnio znalazłam w telefonie coś takiego:


Zdjęcia zostały zrobione 20października 2012... Nie ma to jak jadąc do pracy uronić sobie z rana łezkę w autobusie...

Skoro już tak poruszamy się w obrębie dat, to może słów parę o urodzinach Elizy, o które pytałyście. Przede wszystkim- w imieniu Jubilatki, dziękuję bardzo, bardzo za życzenia.

Eliza po urodzinach była bardzo zadowolona, a to najważniejsze. Niestety, pogoda zupełnie nie dopisała. Powiedzmy sobie jasno- było zimno, z nieba cały czas leciało- najpierw mgła, potem chyba słaby deszcz... Wszyscy byli w kurtkach zimowych, a moje pytanie do Lilki, a raczej Jej odpowiedź na nie, chyba przejdą do anegdot rodzinnych:
Ja: Lila, ciepło ci?
L: Tak mamusiu... tylko mi tak zęby latają.

Cóż, zęby latały nie tylko Lilce...
Mimo pogody Goście dopisali. No, może poza małymi wyjątkami, ale po co się teraz znowu denerwować...

Pośmialiśmy się, pożartowaliśmy... Mimo, że w formie fizycznej byłam bardzo, bardzo średniej. Dzień wcześniej postanowiłyśmy z dziewczynami z pracy uczcić Dzień Nauczyciela i trochę się zintegrować. Najpierw zamówiłyśmy sobie jedzonko u jednej z Nich, a potem poszłyśmy do nowo otwartego w naszym mieście koktajl baru... I nie, nie- żadnego kaca nie mam tu na myśli. Po prostu- ciężkie jedzenie plus później alkohol i pół nocy z głowy gotowe... Trzeba to sobie otwarcie powiedzieć, ale im jestem starsza, tym częściej zdarza mi się cierpieć z powodu braku woreczka żółciowego. I mimo, że na co dzień żadnej diety nie muszę stosować (chociaż faktem jest, że raczej jem lekko), to chyba muszę zacząć wspomagać się jakiś sylimarolem, kiedy zamierzam poszaleć z jedzeniem. I piciem :)

A teraz już pora na zdjęcia z urodzin Elizy...
















I pomyśleć, że 2lata temu, w tym samym miejscu, na urodzinach tej samej dziewczynki, chodziliśmy w krótkich rękawkach... Cóż :)

Mam nadzieję, że następnym razem zawitam tu szybciej niż ostatnio, bo pisać oczywiście mam o czym, ale nie mam kiedy. Do Was też zaglądam od wielkiego dzwonu, wybaczcie. I chociaż chciałabym obiecać poprawę, to już się zwyczajnie boję cokolwiek obiecywać...

piątek, 14 października 2016

Monotematycznie

Obawiam się, że teraz każdy mój post będzie zaczynał się utyskiwaniem typu: Jak ten czas leci/Boszzzzz, nie wyrabiam na zakrętach/Nie wiem w co mam ręce włożyć/Dlaczego doba jest taka krótka?!

Ech, no właśnie- czas to towar deficytowy. Ale w sumie nie tylko o to chodzi. Wiem już od dziewczyn, że to jakaś szersza zaraza, ten brak zapału do pisania. A jesień miała być przecież wielkim powrotem w tej kwestii, prawda? No nic, zarazom się nie dajemy, bo przecież gdyby nie pisanie, nie poznałybyśmy się wszystkie :)

I od czego by tu teraz zacząć po takiej przerwie?!

Może od formalności- dostałam umowę na rok, a wczoraj rozliczyłam się w Urzędzie Pracy ze stażu... Nie wiem, czy ten rok powinien mnie cieszyć, bo w kontekście tego, na czym mi zależy- czyli umowy na czas nieokreślony, to chyba lepiej wyszłabym na 3miesięcznym okresie próbnym, umowie na rok i kolejnej już na stałe, ale... Ale po ostatnich przeżyciach, których Wam tu jeszcze nie opisałam, wiem, że rok to jest taaaaaaaki szmat czasu, że wszystko może się zdarzyć i dziś nie ma to już dla mnie znaczenie- 3miesiące, rok... Nikt nie wie co będzie jutro, a co dopiero za rok.

W każdym razie- widnieję już w kadrze placówki jako wychowawca grupy żłobkowej i wiem, że na tę chwilę będę z moimi maluszkami do końca września 2017. A przynajmniej taki mam zamiar.

W pracy jest naprawdę fajnie. Nie chcę przechwalić, ale bardzo dobrze dogadujemy się z dziewczynami. Co prawda jestem tam najstarsza, jako jedyna mam dzieci (już nie wspomnę o tym, że jedno takie duże!), ale muszę przyznać, że z każdą z Nich mam fajną nić porozumienia. Każda jest inna, a mimo to dogadujemy się super. I oby tak zostało. Czasami, owszem, trzeba iść na kompromis, trzeba coś przemilczeć, ale na tym między innymi polega praca z ludźmi :)

Finanse minimalnie lepsze niż na stażu, ale umówmy się- po tylu latach w domu cieszy mnie każda kwota, tym bardziej, że zwyczajnie lubię tę pracę. O dzieciakach nie jestem w stanie myśleć inaczej, niż moje maluchy :) I to jest naprawdę niesamowite, kiedy na moich oczach uczą się chodzić, mówić, korzystać z nocnika. A ja mam w tym wszystkim swój spory udział. Poza tym, to mega satysfakcja, kiedy dzieci, które przepłakały cały okres adaptacji, teraz śmieją się i wpadają nam w ramiona :) Dosłownie!

Żeby jednak nie przesłodzić...
Byłam już pierwszy raz przeziębiona- nie jakoś bardzo, ale gardło i katar dały o sobie znać. No i coś, co jest totalną zmorą- wymioty i biegunka od paru dni u nas szaleją, także mamy jakiegoś wirusa. I pomijając oczywisty fakt, że to mało przyjemne przypadłości, to zważywszy na to, że ja mam w domu dzieci (a w niedzielę robimy Elizy urodziny) jestem lekko przerażona... Staram się nie nakręcać, bo co ma być to będzie, ale już tyle dzieci poległo, że szkoda mówić. No i tu mogłabym wysmarować elaborat o podejściu rodziców, ale że blog jest nadal blogiem otwartym, a ja jednak mimo wszystko szanuję prawo do prywatności tych ludzi, łaskawie się powstrzymam :) Jasne, że nie wymieniłabym tu nikogo z imienia i nazwiska, ale mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi... Napiszę tylko, że czasami naprawdę włos się na głowie jeży. I tyle.

Zmieniając temat...
W niedzielę, jak wspominałam, Elizy urodziny... Pogoda co prawda grozi nam trochę palcem, a już na pewno nie pozostawia złudzeń... Jednak, jak to już ustaliłam z kuzynką- trzymajmy się tego, że najważniejsze jest, aby nie padało :) No i rzeczywiście- pomimo ledwo 6stopni, opadów nie zapowiadają... Trzymajcie kciuki, żeby wszystko się udało i Eliza była zadowolona. Już wiemy, że parę osób, na których Jej zależało, nie będzie... Szkoda.

Powoli, powoli zaczynamy też myśleć o urodzinach młodszej panny, ale tu już w ogóle brak konsensusu między nami. Lila chciałaby urodziny na sali zabaw i ten sposób świętowania mamy sprawdzony od lat, bo swego czasu niemal każde urodziny Elizy tam wyprawialiśmy. Nie wiem jednak, czy ja się starzeję, czy odkąd zarabiam, zaczęłam bardziej zwracać uwagę na co idą moje pieniądze (haha), ale płacić 350zł za 2godziny zabawy- to mi się jednak nie uśmiecha. Marcin przekonuje, że w domu wcale dużo taniej pewnie nie wyjdzie, do tego będzie jak co roku, czyli ja się narobię, dzieci omal nie przestawią nam ścian, zestresują Miśka, świnki i sąsiadów trzy piętra wyżej, ale... No nie czuję się jeszcze przekonana. Zobaczymy...

Co jeszcze...
Trochę nam dziewczyny nerwów psują. Eliza, pod względem nauki, zaczęła rok naprawdę super. Idzie Jej świetnie. Natomiast gorzej z zachowaniem- i tym w szkole, i tym w domu... Rozwodzić się nie będę, bo jak wiem, niepożądane oczy tu zaglądają :)

Co innego pisać o Lilce :) Faza na "moje przedszkole jest super i uwielbiam do niego chodzić" trwa w najlepsze. Do tego stopnia, że kiedy zaprowadza Ją babcia, i proszę mamę, żeby zaprowadziła Lilkę po 9, Mała z niepokojem dopomina się, kiedy pójdą :) Za to w domu, ostatnie dni, to był jakiś emocjonalny huragan... Przyznam, że zapomniałam już na co stać moją małą dziewczynkę. A stać Ją na naprawdę dużo... I niestety, tu mama się kaja, ale łapie się na tym, że po 8godzinach z maluszkami,, kiedy co chwilę muszę ocierać jakieś łzy, czasem brakuje mi cierpliwości do własnego dziecka... I tu wtopa po całości. I na pewno coś, nad czym muszę mocno popracować.

Z nowości to byliśmy w Poznaniu. Myślałam, że wcześniej uda nam się tam wylądować, także w planach było zoo, ale że byliśmy tam dopiero w zeszłą niedzielę- odpuściliśmy. Ze zwierzątek podejrzeliśmy jedynie słynne poznańskie koziołki :) i trochę zwierząt w palmiarni.

Dziś pokażę Wam zdjęcia ze spaceru po poznańskim rynku- palmiarnia zasługuje na osobny wpis :)














Do napisania :*