Mama2c

Mama2c

niedziela, 15 października 2017

Pomiędzy

Tak naprawdę, to ten post mógłby mieć kilka innych tytułów: Raz na wozie, raz pod wozem, Sinusoida, Czasem słońce, czasem deszcz"... Dlaczego padło na "Pomiędzy"?
Był najkrótszy ;)

Zresztą, tak się właśnie "pomiędzy" czuję...
Pomiędzy nerwami, aż łzy lecą, a płaczem ze śmiechu.
Pomiędzy sytuacjami podbramkowymi, a mniejszymi i większymi radościami.
Pomiędzy zdrowiem i masą energii a kaszlem, bólem gardła i wszystkim tym, co składa się na stan zwany 'przeziębieniem"...
Pomiędzy świadomością, że zajadam wszystkie stresy, a wiedzą, że to bardzo kiepskie dla mnie rozwiązanie...
Tak sobie właśnie egzystuję, kiedy mnie tu nie ma. A bardzo chciałabym być.
Cały czas pomiędzy.

Dużo, naprawdę dużo się przez ten czas działo. I każde to wydarzenie, które minęło, zasługuje właściwie na osobną wzmiankę, uwagę, której mieć oczywiście nie będzie, ze względu na mój brak czasu.

Właściwie, to nawet nie o sam czas tak do końca chodzi. Bo przecież drugiego etatu nie podjęłam, dodatkowego dziecka/psa/męża nie mam na stanie... Tak, tak- jeszcze próbuję być śmieszna.
Największy problem jest w tym, że jestem po prostu strasznie zmęczona. Dlaczego? No tu już mogłabym sobie rozprawkę i to taką konkretną popełnić.

Otóż w skrócie i bez w wdawania się w szczegóły, dziewczyna, która jest ze mną na grupie, jest już dwa tygodnie na zwolnieniu i uwaga, uwaga- to jeszcze nie koniec, i uwaga po raz kolejny- jest z nami 2miesiące, a to Jej trzecie zwolnienie...

I tu się zaczynają dylematy natury moralnej, ponieważ wiem, że jest chora, nie jest to żadna tzw. ściema. Faktem jest, że pracujemy po 8godzin w smarkach, prątkach i innych zarazkach. Kiedyś, kiedyś, jak już moim jedynym zajęciem będzie podróżowanie i pieczenie, napiszę książkę o wszystkich przedszkolnych przypadkach medycznych z dziećmi i ich rodzicami w tle...
W każdym razie, można się zarazić. A raczej zarażać regularnie. I ja to naprawdę dobrze rozumiem. Choć odkąd pracuje od prawie 1,5roku na zwolnieniu byłam 4 albo 5dni. Nie wiem, czy jakaś moja w tym zasługa, mam w sobie dużo pokory i również nie wiem, czy nie przydarzy mi się coś takiego, że zawyżę swoje chorobowe statystki, że ho-ho.
No tak- to piszę ja, kiedy stoję z boku i patrzę na tę sytuację obiektywnie, w niedzielny wieczór, kiedy teoretycznie odpoczęłam już trochę po całym tygodniu.

Jednak, jestem też inna ja, która ma na grupie trójkę dzieci z orzeczeniami (głęboki autyzm i dwa upośledzenia umysłowe), która ściąga pierdyliard razy chłopca X ze stolika, po którym lubi biegać oraz 908674000987 raz zapalam światło, ponieważ gaszenie go zupełnie nie jest w stanie się Mu znudzić. Radzę sobie również z różnymi deficytami chłopców, którzy mają owe upośledzenie umysłowe i z 13 zupełnie zdrowych, normalnych, energicznych do bólu i pełnych pomysłów z piekła rodem trzylatków. Ta ja jest do bólu wkurwiona. Do bólu zmęczona, zrezygnowana. Ta ja nie ma już nie tylko sił fizycznych, ale i psychicznych. Nie będę czarowała, że pozostanie w tych okolicznościach przez całe 8godzin miłą, serdeczną, ciepłą panią kosztuje mnie bardzo, bardzo dużo zdrowia i... czasem po prostu się nie udaje.
Ta ja w dupie w nosie ma, że koleżanka nie może wyleczyć się z zapalenia oskrzeli, ponieważ ta ja sama czuje, że zaraz też będzie chora, a przecież nie może pójść na zwolnienie, bo wszelkie L4 i urlopy są przyblokowane przez koleżakę-stażystkę od chorób. "Dzięki temu" pierwszy raz odkąd Lila poszła do przedszkola, nie będę na Jej występach. We wtorek mają pasowanie na przedszkolaka... Dobrze, że to nie Jej pierwsze- pewnie przeżyłabym to jeszcze bardziej. Choć i tak po matczynemu mi przykro. Pójdzie Marcin, zrobi zdjęcia, nagra film, ale... Ale wiadomo.

Nie będę ukrywała, że kolejna kontrola koleżanki będzie ostatnią, że wróci do pracy i najważniejsze- popracuje w końcu trochę dłużej...

Nie nadrobiłam zaległości, raczej wylałam z siebie to i owo...
Przed nami za to masa ważnych zdjęć, które opowiedzą coś więcej o minionym czasie.

Wyproszona u Babci lalka new born... Szał i macierzyństwo według 5latki :)


Kiedy wszystkie inne odmiany już zasuszają kwiaty, ta jedna (za Chiny Ludowe nazwy nie pamiętam) zaczyna sobie kwitnąć w najlepsze...




Jesień to konkretne smaki. O nich na pewno będzie osobny post, a tymczasem- pieczone figi z jogurtem greckim i pistacjami oraz latte z domowym syropem dyniowym <3



Jeden ze sposobów na relaks- świece.
Pierwszą- największą dostałam od mamy mojego Maluszka z poprzedniego punktu. Teraz wzbogacam swoją kolekcję i szukam ciekawych zapachów.




Kto jeszcze widzi ten rozkoszny dołeczek? <3


Koło mojej pracy jest wyjątkowa kawiarnia. Kiedyś o niej napiszę więcej. W piątki po pracy miło tam zajść i godnie zacząć weekend ;)


Ciepłe i słoneczne dni zdarzały się ostatnio raczej rzadko.





Czy są tu jeszcze jacyś fani długich nóg Lilki :)





Jesienne klimaty w pracy...





Jesienne światło, jesienne kolory... Cały urok tej pory roku!


Kolejny piątek, kolejne kalorie...




W ten sam piątek- 29września moja Mama ostatni raz była w pracy. Emerytura <3
Przygotowaliśmy Jej niespodziankę, czekając pod sklepem w którym pracuje. Kończyła o 21, więc dla Lilki to było wyzwanie, ale ile radości również. Mój brat był w Norwegii, ale bratowa godnie reprezentowała ich rodzinkę :)
Mama była bardzo, bardzo wzruszona. Był szampan (dla wszystkich piccolo ;)), balony i puszczone z głośnika "To już jest koniec" :)





Uwielbiam podróżować jesienią, przy pięknej słonecznej pogodzie. A gdzie dojechaliśmy w osobnym poście :)





Z okazji przejścia na emeryturą wypad do kawiarni i na obiad. Mama nie wiedziała jeszcze wtedy, że szykujemy dla Niej coś więcej, co zdradzę Wam, że miało miejsce dzisiaj, ale i o tym, muszę koniecznie napisać osobno!



W tym oto przyjemnym miejscu uknuliśmy plan, żeby tą emeryturę uczcić z przytupem :)



Widok z okna w pracy- pora deszczowa.


Jesień bez grzańca, to nie jesień.


Pigwa. Nalewka. Ta historia ma ciąg dalszy :)


Te ponad 2miesiące bez ekspresu, to była męka pańska...


W drodze do pracy...

Ktoś tu wie co dobre...