Mama2c

Mama2c

wtorek, 24 stycznia 2017

To może być długi post...


...o ile starczy mi sił, żeby go napisać :) Godzina już niemłoda, a ja odgruzowałam dziś połowę mieszkania... Przy jego obecnym stanie, to chyba cięższe zadanie, aniżeli praca w kamieniołomach i niestety- nie ma w tym cienia kokieterii. Nie wiem czy to ta zima i brak słońca, ale moja aktywność poza pracą czasami spada do absolutnego minimum- ugotować obiad na następny dzień, wstawić pranie, nalać sobie wina, naszykować ubrania dla siebie i dla Lilki i paść na wyrko. Jeśli zdarzy się, że muszę z czegoś odpytać Elizkę, albo sprawdzić Jej zadanie domowe, to najpierw muszę sprawdzać sama siebie, czy jeszcze myślę, czy już się wyłączyłam :)


Co tam też u nas słychać. Hmmm. Niech zerknę do poprzedniego posta, na czym to ja skończyłam :)
No to tak...

Zanim udaliśmy się na poniedziałkowe zebranie u Elizy, byliśmy w weekend na urodzinach kolegi Lilki z przedszkola. Dziecko się ponownie wybawiło, o czym niech świadczy fakt, że pot lał się z Niej strumieniami :)

Ponownie mieliśmy okazję być na sali zabaw, której nie znaliśmy. Jak to człowiek, szczególnie rodzić, całe życie poszerza horyzonty...




W poniedziałek po pracy przyjechał po mnie Marcin robiąc mi niespodziankę- przywiózł mi sajgonki, o których parę dni wcześniej podobno wspominałam. Chyba przez sen :) W każdym razie- wie jak mi dogodzić, oj wie :) Pominę już fakt, że poważna pani bliżej 40-tki jadła je w aucie na lidlowskim parkingu, ale to tylko dodawało smaczku całej sytuacji. Poczułam się niemal jak podczas studiów... Tak to ja się mogę odmładzać, choćby co drugi dzień :)


Zebranie u Elizy... Rzadko mam okazję na nich być, częściej to Marcin na nie chodzi. Za Elizą pierwszy semestr. Oceny bardzo przyzwoite i szczerze mówiąc- nie spodziewałam się, że tak dobrze zakończy to półrocze, choć kiedy przyjrzałam się im bliżej- były przedmioty, z których mogła mieć jeszcze lepsze oceny, ale zwyczajnie- chyba się nie postarała. W każdym razie, średnia 5,1 napawa mnie dumą. Natomiast zachowanie naszego dziecka... Cóż, zachowanie pozostawia trochę do życzenia, że to tak enigmatycznie napiszę. I Eliza i my mamy nad czym popracować.


Ferie u nas dopiero w połowie lutego i oczywiście czekamy na nie z utęsknieniem. Prawdopodobnie wezmę wtedy tydzień wolnego, żeby pobyć z dziewczynami. Ferie ma co prawda tylko Eliza, ale Lilce też oczywiście zrobilibyśmy wolne. Mieliśmy takie nieśmiałe plany wyjechać na kilka dni... Już cieszyłam się na spotkanie z Iwoną, a może też z Visenną... Jednak, niestety. Wyjechać nie wyjedziemy. Przed nami wesele mojego brata i trzeba trochę pieniędzy na nie odłożyć. Ferie musimy sobie odpuścić- bardziej zależy nam na wyjeździe na majówkę, kiedy to mamy zamiar hucznie obchodzić 60te urodziny mojej Mamy. Jednak na razie nic nie będę planować, bo jak widać- plany mają to do siebie, że lubią się zmieniać.

W pracy... W zasadzie wszystko w najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że jakiś paskudny wirus (chyba grypa) zdziesiątkował nam dzieci. W czwartek i piątek z mojej grupy była tylko dwójka dzieci... Tu mogłabym w zasadzie wysmarować kolejny post o tym, jakie przeprawy stoczyłyśmy z rodzicami naszych maluchów, które się pochorowały... ale, nie mam na to siły, a dwa- bez względu na to, jak ktoś jest w tej sytuacji nie w porządku wobec mnie (że o własnym dziecku nie wspomnę), uszanuję anonimowość i prywatność tych ludzi. Pozostanie oczywiście ogromny niesmak, a w głowie pytanie na ile to znak naszych czasów, a na ile totalny brak odpowiedzialności... ale jakoś muszę to wszystko przetrawić.

Od minionego weekendu przygotowywałam się już na Dzień Babci i Dziadka. Nie szykowałam z maluszkami żadnego występu/przedstawienia, bo to nie ta grupa wiekowa. Z koleżanką ustaliłyśmy, że zrobimy laurki, plakat z którym każdy maluch miał mieć zdjęcie (tego się akurat nie udało zrealizować, bo plakat został powieszony, zanim zrobiłyśmy zdjęcia, a i dzieci zaczęły się już nam wtedy wykruszać) i upieczemy ciasteczka, które potem ładnie zapakujemy i wraz z laurkami każdy maluch dostanie je do domu, w celu przekazania właściwym osobom :) Plan udało się zrealizować, poza drobnym faktem, że w piątek tylko dwoje dzieci zabrało swoje prezenty dla babć i dziadków... Reszta odbierze je, kiedy zaczną wracać do żłobka. No taki czas, cóż zrobić. Pamiętam, że o tej porze, rok temu, była w Lilki przedszkolu sytuacja, że przez kilka dni nie było ani jednego dziecka...













Dla naszej Babci też udało mi się zrobić z Lilą prezent, mimo, że po zrobieniu prawie dwudziestu laurek, miałam już lekki przesyt prac plastycznych :) Eliza na szczęście nie wymaga już pomocy i sama nie tylko zrobiła dla Babci laurkę, ale kupiła też drobny upominek.



Zanim jednak przejdziemy do obchodów babcinego święta, poubolewam jeszcze nad swym losem. Nie dość, że zima, nie dość, że słońca brak, to jeszcze... To jeszcze miałam w piątkowy wieczór randkę z moja dentystką... Na szczęście wcześniej miałam randkę z mężem, i mimo, że powód wyjścia z domu był dość bolesny (i to jak jasna cholera!), to sam fakt, że razem, we dwoje, że na spokojnie, że w miejscu, gdzie kiedyś bywaliśmy często... nastroił bardzo optymistycznie. Nastroił do częstszych wyjść z mężem, które sobie już wcześniej obiecaliśmy, a odpuściliśmy, bo do spotkań z uroczą doktor Irminą... Cóż- i tak mnie one nie miną, bo mam tam to i owo do zrobienia, i tym razem muszę nie tylko tego dopilnować, ale zrobić już to do końca i mieć święty spokój.

Natomiast jeśli chodzi nasz Dzień Babci... Lila wykorzystała obecność Babci w stu procentach. Nie tylko namówiła Ją na ponowne pieczenie pierników (ja miałam ochotę namówić Mamę na faworki, ale nie ma się takiej siły przebicia jak czteroletnia wnuczka :)), ale i na ukochane "kopytki" :) Co prawda i przy jednym i przy drugim (trochę) pomagała, więc wybaczam Jej to absorbowanie Babci w dniu Jej święta. Tym bardziej, że nam się dziewczynka trochę pochorowała. Wczoraj, po powrocie od dentysty, okazało się, że Mała bardzo się rozkaszlała i leci Jej z nosa. Dziś było jeszcze gorzej, na razie bez temperatury, ale bez lekarza nie da rady. I tak się dziewczyny dobrze trzymają, a wiadomo- przeziębienia i infekcje czasem się zdarzą. Oby rzadko i damy radę.




A, jeśli jeszcze tego nie wiecie, to nasza Babcia jest naprawdę niesamowita i najlepsza. I w zasadzie swoje święto powinna obchodzić cały rok! Poniżej- dowód w postaci pierogów na specjalne życzenie :)


A tu, kiedy jeszcze leżał śnieg, moje Gwiazdy, niczym podczas pobytu w Aspen :)
Za to teraz- nie ma ani śniegu, ani Aspen.





A takie oto zdjęcia sprzed dwóch lat znalazłam dzisiaj :) Jak te dzieci się zmieniają...
W kwestii rocznic i dat... dziś, 21.01.2017, mija dziesięć lat jak trafiliśmy z Elizą do szpitala, na cały długi miesiąc... I choć wszystko dobrze się skończyło, to gdzieś tam to nadal w człowieku siedzi... 




 

I to by było chyba na tyle... ale upsss, przypomniałam sobie, że nie mam jeszcze zgranych zdjęć do laptopa, a chciałabym je tu mimo wszystko zamieścić, także... czekam z publikacją do rana :)
A tymczasem... muszę się mocno kontrolować, żeby nie spróbować mojego dzisiejszego ciasta...
Ciasta, które na pewno Wam tu wkrótce pokażę. Ciasta, o którym śmiało można napisać- zdrowe. I tak, to naprawdę jest zdrowe CIASTO. Choć kiedyś, te dwa pojęcia zdecydowanie się dla mnie wykluczały :) Czekajcie cierpliwie :*

PARĘ DNI PÓŹNIEJ...

Jak widać, publikacja przesunęła się nie o noc, a o nocy kilka...
W tym czasie Lila rozłożyła się na dobre, żeby w ciągu jednego dnia odżyć zupełnie. Niestety, ma zapalenie oskrzeli i urlopuje się z tatą w domu, do końca tygodnia. Na szczęście to tylko wirus. Aczkolwiek- jedną noc mieliśmy całkowicie wyrwaną z życia i niestety- to już chyba nie te lata, bo naprawdę- odczuliśmy tę noc...

W dodatku od wczoraj w Szczecinie jest wysokie ciśnienie, a to oznacza dla mnie dni wyjęte z życia. Ból głowy, straszne otępienie, rozdrażnienie... Ech... W żłobku nadal pomór. Wczoraj była dwójka moich maluszków, dziś już czwórka... Z jednej strony- nie ukrywam, te luźniejsze dni, były teraz wskazane, z drugiej? Nudy, nudy, nudy...

środa, 11 stycznia 2017

Jest zima. Jest śnieg!

A nie, nie, nie- to nie tak, że jedno wynika z drugiego :D Nie w tej części kraju :)
W zeszłym roku mieszkańcy Szczecina, w tym oczywiście my, doświadczyli śniegu całe 2razy. D-w-a...
W tym jeden raz taki, że rano owszem, leżało na glebie coś, co Lila radośnie, choć mocno na wyrost, nazwała śniegiem, a co do czego ja z kolei byłam pewna, że zniknie zanim zdążę wypić w domu pierwszą kawę...
Nic to- na Jej ówczesne pytanie, czy pójdziemy po przedszkolu na sanki, nie chcąc łamać Jej serca, odpowiedziałam, że tak, jeśli jeszcze będzie śnieg... No zgadnijcie czy poszłyśmy...

Nie wiem czy zima 2016/2017 wynagrodzi nam miniony rok i deficyt białego puchu, nie mniej jednak- śnieg jak spadł w zeszłą środę, tak leży do dziś, a to już chyba niemal cud nad Wisłą Odrą.
Małego tego- dziś dosypało i ma jeszcze sypać... Cuda, cuda po prostu.

Jak wiecie zima to nie jest moja ulubiona pora roku. Z wielu względów. I mimo, że teraz codziennie muszę poruszać się komunikacją miejską, a jak powszechnie wiadomo, naczelne hasło o tej porze roku brzmi: "Zima znowu zaskoczyła drogowców", to ja zwracam honor, bo przynajmniej na mojej trasie autobusy jeżdżą planowo. Martwię się oczywiście o Marcina, który godzinę jedzie do pracy i godzinę z niej wraca. Martwię się o Mamę, zbliża się już do sześćdziesiątki, a też codziennie chodzi do pracy... O siebie jakoś nie mam czasu się martwić, bo kiedy gnam w tym amoku z jednego przedszkola do drugiego, to chyba jedyne o czym jestem w stanie myśleć to to, jak bardzo chce mi się siku... Wypicie dwóch szklanek wody z cytryną i dwóch kaw w ciągu półtorej godziny ma swoje konsekwencje :) To jednak mój poranny, niezmienny rytuał i choć już wiele razy myślałam, że jak nic nie dojdę do tego przedszkola i będzie plama (DOSŁOWNIE), to za nic w świecie nie zamierzam z niego rezygnować :) Lubi się to ryzyko ;)

Nie, o dzieci się nie martwię, bo jak zaraz zobaczycie- One są przeszczęśliwe. I jeśli obudziłabym, albo raczej reanimowała, moje wewnętrzne dziecko, to musiałabym napisać, że wcale się dziewczynom nie dziwię... W końcu dzieciaki kochają zimę. 

Co jednak ciekawe- po tych ostatnich deszczowych i wietrznych Świętach, chyba też wolę taką aurę, aniżeli coś rodem z głębokiego listopada... Jak na realistkę (i mamę) przystało, patrzę na ten mróz z nadzieją, że wymrozi nie tylko te wszystkie wirusy i bakterie, ale i wszelką zarazę typu kleszcze i komary :) 


Tak sypało w czwartek rano w pracy...



Tak się posilamy przed sankami- o naszych śniadaniach i zmianach w odżywianiu planuję (hohoho, ile to już czasu :)) napisać Wam osobny post. Na zdjęciach poniżej- nasze gryczanki :) 


Jak widać cieszą się nie tylko dzieci...







Orzełek... gdzieś odleciał :) 





...a po sankach- pomidorowa z kaszą jaglaną :) 





Korzystamy więc, jak widać na załączonych obrazkach, nie mniej jednak... Tęskno mi już trochę (a nawet bardzo), do takich widoków: 






Ymhhh, pasztet z bobu... Jak ja za nim tęsknię :)


Zima ma też jednak swoje pyszne smaki... Tak, tak- to grzane wino :) 


Pierniczki... Poniższe to nasze wspólne wypieki z Maluszkami na żłobkowe rodzinne piernikowanie. 

 

 

 

 

A to już nasze domowe, które Wam pokazywałam, po akcji: dekorowanie. Jak widać- zostawić Dziewczyny z Babcią, to do razu jest na bogato. Gdybym to ja z Nimi zdobiła pierniczki, pewnie lukru i posypki zostałoby na trzy następne zimy :) 






Ostatnio byliśmy z Lilą na urodzinach kolegi z przedszkola. Dzięki temu odkryliśmy mega fajną salę zabaw w naszym mieście. A w najbliższym czasie czekają nas kolejne dwie takie imprezy...





Drugą Córcią też się pochwalę, a co!
Śliczna moja.

Choć ile mi Ona nerwów napsuje, to tylko my dwie wiemy :D
Aktualnie trwa wystawianie ocen na pierwsze półrocze...
Zdolna i mądra ta nasza Córcia. Nawet bardzo.
Ale jakie to cholera leniwe i uparte. Chyba gorzej niż ja :)
W każdym razie, średnią będzie miało Dziecko całkiem, całkiem.
Pochwalę się po poniedziałkowym zebraniu.