Mama2c

Mama2c

niedziela, 5 lutego 2017

SS

Kto rozszyfruje? :)

Przez te kilka lat blogowania spotkałam się parę razy z dość ciekawym (jak dla mnie, ale o tym dlaczego- za chwilę) cyklem (?), przedstawiania na blogu tego, co jadło się danego dnia.

Nie byłabym sobą (to chyba ta socjologia, choć okazała się totalną pomyłką, gdzieś tam we mnie tkwi), gdybym nie zastanowiła się, co to za przewrotne czasy- wchodzę do świata osoby, której na oczy nie widziałam, tylko po to, żeby zajrzeć do Jej lodówki, czy na stół... Z drugiej strony- dla mnie jako smakosza, osoby, która je także oczami- to raj na ziemi, że tak można :D

Jak wiecie, a wiecie to przecież doskonale, bo wręcz się z tym afiszuję- kocham jeść.
K-O-C-H-A-M!
Czy ja jestem jakoś specjalnie wybredna? Absolutnie nie. Potrafię tak samo zachwycić się rano drożdżówką za 2,50, jak całkiem wykwintnym daniem jedzonym podczas specjalnych okazji. Faktem jest, że zaczęłam jeść bardziej świadomie, choć... z drożdżówek jeszcze całkowicie nie zrezygnowałam :D

Mam to szczęście, że tak samo jak kocham jeść, kocham gotować. Można oczywiście zastanawiać się czy to również szczęście dla mojej figury, ale po co znowu to tak roztrząsać :) W końcu gdzie to jest napisane, że każda z nas ma nosić rozmiar "S" i mieć figurę modelki... Ktoś to "L" też musi kupować, inaczej nie byłoby gdzie wieszać "esek" w sklepach :)

Kiedy nie pracowałam, sporo wolnego czasu spędzałam w kuchni. Poza tym, że do Włoszech nie ciągnie mnie jakoś specjalnie, mam chyba mentalność włoskiej mamy, która uwielbia gotować dla swojej rodziny. Nie będę jednak ukrywała, że dla siebie również uwielbiam to robić... Spójrzcie na przykład na te kanapki:





Czy one nie są wyrazem miłości do samej siebie? :)

Wtedy miałam na to czas... Moje śniadania od wakacji, za wyjątkiem paru dni, wyglądają identycznie- na ciepło jem albo owsiankę, albo jaglankę, albo gryczankę. Najkrócej z nich wszystkich gotuje się owsianka, dlatego ją jem najrzadziej. Dlaczego? Bo te +/- 15minut podczas których na ogniu dochodzi jaglanka czy gryczanka jest rano na wagę złota. Mam czasem takie nieodparte wrażenie, że to najbardziej efektywne 15minut w ciągu całego mojego długiego dnia... Czasami wydaje mi się, że dokonuję przez te 15minut rzeczy niemożliwych. I kiedy pomyślę, że jeszcze jakiś czas temu, potrafiłam przez niemal tyle samo czasu układać na kanapce awokado do fotki... I tylko nie wiem, czy to bardziej na "ach", czy na wielkie "OCH"...
Tak było. Ale się skończyło i... I bardzo dobrze :)

Akurat moje śniadania na ciepło bardzo sobie chwalę, ale o tym w poście, który dla Was na pewno (niedługo?) napiszę. Jednak czasem, ciężko powiedzieć, czy to może z jakiejś dziwnej, utajonej tęsknoty za dawnymi czasami, czy całkiem banalnie- dla przełamania rutyny, znowu mam ochotę na wielkie pichcenie i równie spektakularne robienie z siebie wariatki, kiedy wołam do Marcina: "No szybciej z tą kawą, bo chcę już zdjęcie robić"... :) Tak było dzisiaj. Stąd tytuł- SS to nic innego, jak Smaczna Sobota, którą zaraz Wam tutaj przedstawię :) Pewnie nie stanie się to cyklem- jak tylko zrobi się cieplej, jaśniej i słoneczniej, tego dnia tygodnia na pewno nie zamierzam spędzać uziemiona w kuchni, ale dziś mam ochotę podzielić się z Wami tym, co wyczarowałam.

Oczywiście, nie pokażę Wam wszystkiego... Niestety, nie jestem już ani noworodkiem, ani nawet niemowlakiem, którego apetyt cieszy całą rodzinę :D
Mój najczęściej spotyka się z karcącym spojrzeniem pt. "Czego znowu szukasz w tej lodówce?!" Albo: "Nie, nie umrzesz z głodu. Od śniadania nie minęło nawet pół godziny"
A tak serio? Pokazywać kalafiorową, choć naprawdę smaczna mi wyszła, to jednak banał :p 

Śniadanie. Wielki powrót kanapek :) 

Pasta z brokułów i jajek jest nie tylko fenomenalna, ale zdrowa i banalnie prosta. Wiedziałyście, że brokuły dopiero wtedy mają antynowotworowe działanie, kiedy je rozdrobnimy (posiekamy, zblendujemy) i damy im w tym zmienionym stanie skupienia trochę postać?



Czas na małe co nie co. Muffinki dyniowe.

Reakcja Iwony na wysłane zdjęcie, była taka: Wow, dynie w lutym.
No hej! Przecież to ja- największa fanka dyni w blogosferze :) Mam jeszcze sporo zapasów :) Nie, nie- wręcz przeciwnie. W tym roku bardzo się zagapiłam i zamroziłam chyba tylko 4pojemniki... W poprzednich latach było ich co najmniej 3razy więcej...
Mało bo mało, ale takie muffinki w lutym bardzo cieszą oko i kubki smakowe. Tym bardziej, jeśli za oknem deszcz, plucha, wiatr hula...

Dla Dziewczyn zrobiłam typowe muffinki z dodatkiem żurawiny. Natomiast dla mnie i dla Mamy dołożyłam kandyzowanego imbiru i przełożyłam masę do keksówki w rozmiarze XS :) Żeby nas nie kusiło. Przy okazji odchudziłam trochę przepis i dodałam o 1/3mniej cukru, a w jego miejsce dorzuciłam banana, którego skórka była wręcz czarna, co może oznaczać tylko jedno- był już bardzo, bardzo dojrzały. Czytaj: SŁODKI. Fajny patent, bo jak wiemy- tak przez nas kochany cukier, to nic zdrowego. A taki banan? Owszem indeks glikemiczny miał pewnie taki, że nie jeden cukrzyk by się przeżegnał, ale pomyślmy o tych wszystkich witaminach, solach mineralnych, błonniku... Odjęłam także z przepisu 3łyżki mąki, a w ich miejsce dałam tyle samo łyżek otrębów owsianych.






Obiad, czyli co jemy, kiedy Taty nie ma w domu... 

Nad obiadem siłą rzeczy muszę pochylić się chwilę dłużej. Muszę także, zanim przejdę do meritum, opatrzyć go należytym wstępem... Zaraz zrozumiecie dlaczego :)

Mój Mąż, kiedy słucham innych koleżanek, jest po względem jedzenia (co należy oczywiście zaznaczyć, że pod tym konkretnym względem :)) niemal chodzącym ideałem. Nie tylko je prawie wszystko, ale kocha warzywa nie mniej niż ja, ochoczo pije ze mną wszystkie koktajle, nawet te, których nazw składników nie potrafi wymówić (myślał, że jarmuż to nazwisko któregoś z prekursorów myśli socjologicznej), albo pierwszy raz o nich słyszał, uważa, że zupa to też obiad i nie obcina mi z pensji, jeśli nie podam Mu w niedzielę schabowego. O, taki mało wybredny przypadek mi się trafił :) Gdzie jest zatem haczyk...? Ano... jest. Marcin nie lubi wszystkiego, co kojarzy Mu się z krwią. Nie, spokojnie- to żadna trauma po obchodzeniu przez nas Halloween. No tak facet ma i już. I o ile czerniny w życiu bym nie tknęła, o tyle kaszanka z grilla cieszy się u mnie większym uznaniem niż karkówka. A schabowego równie chętnie zamieniam na wątróbkę, której Marcin po prostu nie znosi. Nie mam serca się nad Nim znęcać i kiedy jest w domu, zwyczajnie jej sobie nie robię. Co tu dużo mówić- On też ma swoje smaki, na widok których ja dostaję palpitacji serca. O, choćby taka pajda ze smalcem, którą zawsze wciąga na wszelkich festynach, jarmarkach i... no wszędzie tam, gdzie akurat podają. Chociaż teraz i tak już znacznie rzadziej, od kiedy wyedukowana na: "Było sobie życie", Eliza, zrobiła Mu publicznie awanturę, że zabije Go blaszka miażdżycowa, a Ona przecież chce mieć Tatę. Potem chyba rzuciła się na Niego, żeby Mu tę pajdę zabrać, ale dokładnie nie wiem, bo to był właśnie ten moment, kiedy odwróciłam się i udawałam, że ja tu jestem z inną wycieczką...

Cóż, wątróbka, ogólnie podroby, to temat dość kontrowersyjny. Pomijając fakt, że albo się je kocha (a co najmniej bardzo lubi) albo nienawidzi, pozostaje jeszcze jedna, kluczowa kwestia na temat tego, czy są zdrowe, czy nie- czyli czy powinny znajdować się w naszym menu, czy absolutnie nie. Prawdziwą fanką podrobów była moja ukochana Babcia. Ale spokojnie- tak jak Ją szczerze kochałam i uwielbiałam, tak miłością do tego wszystkiego, co Ona przyrządzała, jednak mnie nie zaraziła. I mimo wszystko... nie żałuję. Odetchnęłam dopiero po tym, kiedy od kilku osób usłyszałam, że w Ich rodzinie też jadano mó... A, nie, jednak tego nie napiszę :)

W każdym razie- wątróbka jak najbardziej ok, ale... rzadko. Wtedy, kiedy najdzie mnie ochota, a czasem jest to zaledwie 2-3razy w roku. Reasumując- nawet jeśli przytaknąć tym, że podroby są dla nas niezdrowe, chyba szczególnie mi nie zaszkodzą. A czasem dogodzą :)
I oto chodzi.





I krótkie "z życia wzięte", czyli jak nasze dzieci drążą temat.

Niedziela. Dzień mycia głów :) Najpierw do wanny poszła Eliza, potem Lila...
Nastał (o jakże upragniony!) wieczór, usypiam Małą, ale ewidentnie Ta ma inne plany, niż usnąć w 5minut :) W końcu, już lekko poirytowana, mówię: No śpij już, bo muszę jeszcze głowę umyć!
Na co Mała: Komu?
Jasne, że tacie :)

...jednak Lilę w końcu zmogło, a wszyscy ci, którzy mogą pójść spać chwilę później niż o 20, zajęli się swoimi sprawami. Eliza, fanka siatkówki, drużyny Chemik Police, dręczy Tatę pytaniami z tymże związanymi... Doszli do sympatii i antypatii, kogo lubi najbardziej, a kogo najmniej, czyli dosadniej mówiąc- kogo nie lubi. Tata, nasz domowy dyplomata, odpowiada, że no nie, on tak nie ma, że którejś ewidentnie nie lubi. Eliza nie odpuszcza i pyta: "No to która jest ostatnia na twojej liście lubienia" :)

Miłego tygodnia!

31 komentarzy:

  1. Och, Marta 😱😍
    Opis jedzenia plus TAKIE zdjęcia?? Nie masz litości dla będących na diecie, Kobieto 😁😁😁
    Noo, powiem Ci, że autentyczne zrobiłam się głodna... 😉
    Bardzo mnie zaciekawiła pasta z brokuła i jajek, mogę prosić o przepis? Może być na fb :)
    Gołym okiem widać, że przyrządzanie jedzenia to Twoja Pasja 😘
    Miłego tygodnia Kochana 😍😍

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że dasz znać jak już ją zrobisz.
      Ściskam mocno!

      Usuń
  2. Twoje kanapki i wszystkie pozostałe dania to jest dla mnie absolutne mistrzostwo ! Sama jem zawsze na szybko, w biegu, nawet w weekendy. Jedynie idąc do restauracji tylko we dwójkę, bez Młodego, możemy się trochę jedzeniem podelektować ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy lubi co innego :) Grunt to się do niczego nie zmuszać :)
      Buziaki!

      Usuń
  3. ostatnią dynię zjadłam niedawno, przechowują się w piwnicy całkiem dobrze - taka upieczona w piekarniku, polana odrobiną dobrej oliwy i posypana ziołami jest w lutowy dzień słońcem w kuchni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę własnych dyni, ale rzeczywiście- tego lata zrobię większy zapas całych dyń i spróbuję przechować je w piwnicy. My do takiej pieczonej dyni lubimy też dip czosnkowy z jogurtu.

      Usuń
  4. U2ielboam Twoje kulinarne wpisy - zdj oddają ten smak! Może na wynos bd mi codziennie robić? Ja ost coś weny nie mam. Wszystko na szybko... buziaki

    OdpowiedzUsuń
  5. U2ielboam Twoje kulinarne wpisy - zdj oddają ten smak! Może na wynos bd mi codziennie robić? Ja ost coś weny nie mam. Wszystko na szybko... buziaki

    OdpowiedzUsuń
  6. Haha móżdżek......oj wieki go nie jadłam a jadłam....i no dobry jest....ale za chiny w sklepach go nie ma teraz :))
    Już Ci niedobrze?.....;)
    Wątróbka jest zdrowa i u mnie lubimy wszyscy:))
    Ale te kanapki Twoje..poezja hehe,pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, spokojnie. Nigdy nie miałam takich reakcji na móżdżek, ale jakoś nigdy też nie czułam ochoty, żeby go chociażby spróbować. Mimo, że zawsze jakoś mi się wydawało, że jestem otwarta na nowe smaki. Jak widać- nie na wszystkie jestem otwarta :)
      Fakt- ja też już wieeeeeeeki nie widziałam go w sklepach.

      Usuń
  7. Kanapki Marus robisz przepiekne- szkoda jesc ;)
    Podzielam twoja pasje- nakarmic rodzine- to glowne zajecie dla mnie, gdy mam wolny dzien. Staram sie zadowolic ich gusta, nic piekniejszego nie ma dla mnie.
    A propos watrobki- robilas juz w panierce- jak kotleciki?? Bardzo smaczna :)
    Usciski :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kocham gotować, a już dla mojej rodzinki i przyjaciół- uwielbiam!
      Nie, w taki sposób jeszcze nie robiłam, ale zaintrygowałaś mnie!

      Usuń
  8. o jakie pyszności :)

    ps: tacie też trzeba umyć głowe przecież :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Póki co łepetynę ogarnia sam. Jeszcze ;)

      Usuń
  9. a ja tam wolę klasykę... kanapkę z boczkiem ( a nie z jakimś awokado:P) i piwo:P. Muffinki dyniowe to dla mnie również nowość całkowita. Ja to lubię tylko z czekoladą:P i jeszcze jak napisałaś, że u Was drożdżówka kosztuje 250 to się za głowę złapałem.. u nas 1,80 do 2 max!:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Andrzej, Andrzej... W dobie Ewy Chodakowskiej, Anny Lewandowskiej, nasion chia, komosy ryżowej i mleka jaglanego, Ty wyskakujesz mi tutaj z kanapką z boczkiem i browarem. Jak śmiesz :)

      Serio, takie mamy tu ceny...

      Usuń
  10. O to czego mi tak brakowało ! Twoje smaczne zdjęcia <3 :D ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, będzie znowu więcej takich postów. Czuję, że kulinarna wena nadciąga :) Będzie pysznie, gwarantuję.

      Usuń
  11. Jej, dobrze że czytałam Twojego posta chwilę po zjedzeniu obiadu - inaczej bym umierała... ;P U nas w domu piękne kanapki robi mąż, ja chyba nie mam cierpliwości ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój mąż ma w kuchni jedno zadanie... zjadać z apetytem :) No, i jeszcze ogarnia zmywak :)

      Usuń
  12. Myślałam, że spotkanie na szczycie :) Choć spotkanie były i to z jak zastawionym stole :) Pyszności. Ta pasta brokułowa i mnie zachęciła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pastę będzie niedługo przepis, naprawdę jest warta uwagi!
      Buziaki

      Usuń
  13. I głodna się zrobiłam, taaakieee kanapki

    OdpowiedzUsuń
  14. Same pyszności, aż zrobiłam się głodna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze? Ilekroć patrzę na te zdjęcia też robię się głodna :)
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  15. To nasi mężowie są do siebie podobni! Ciesze, sie, że mój zje wszystko i lubi warzywa, bo ja nie bardzo umiem gotować i to, ze nie jest wybredny ułatwia mi zycie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dobre wieści! Czyli nie zginiecie u nas z głodu :D będziemy zajadać się warzywami jak króliki.
      Fakt faktem- tacy mężowie są naprawdę spoko! Mój ojciec mógłby jeść TYLKO mięso. Non stop...

      Usuń
  16. Hej, Martuś! Dopiero teraz, bo wywiało mnie tam, gdzie Wy lubicie- w góry,choc wolałabym chyba to Twoje Świnoujscie albo inny Kołobrzeg:) No, zapomniałam poprzednio dodac , że Twój blog jest najbardziej smakowitym:) No rujnujesz moje postanowienia o powrocie do jakiegoś 38:) ale, jak mówisz, ze Elka tez jest O>K. , to ja Ci wierzę:)A wątróbka - raz po raz-pychotka! Ostatnio robię wg przepisu znajomego kucharz-płaty wątróbki zanurzam na jakiś czas w oliwie- jest wtedy zawsze mięciuteńka. Mąż, który nie grymasi- to skarb! Mój tez taki, az do przesady-bo dopiero w tym roku, mimochodem, powiedział, ze nie lubi brukselki....a jadł bez słowa przez tyyyyyyle lat:) No, a z Elizy-prawdziwa dyplomatka:)Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Basiu! Cieszę się, że wróciłaś... I widzisz- gdybyś prowadziła bloga, teraz cieszyłabym oko Twoimi zdjęciami z gór. Przemyśl to jeszcze :)
      Dziękuję Ci za tak miłe słowa, ale szczerze mówiąc znam bardziej smakowite, które u mnie rujnują wszystko- łącznie z wiarą, że chociaż w minimalnym stopniu kontroluję swoje łaknienie ;)

      Co do takiego sposobu na wątróbkę- pierwsze słyszę, ale na pewno warty przetestowania. O ile dobrze pamiętam, moja mama czasem moczyła ją w mleku.

      Ależ mnie rozbawiłaś tą brukselką :) Haha, nie, no to Marcin nie aż tak... On jednak nieśmiało zgłasza od razu jak coś jest nie tak... Jak na przykład w przypadku ciasta z kaszy gryczanej, które pojawi się niebawem tutaj na blogu.
      Ściskam!

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny. Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie komentarz. Dzięki temu będę mogła odwdzięczyć się tym samym!