Mama2c

Mama2c

niedziela, 23 kwietnia 2017

No to zacznijmy od Świąt...

Tematów znowu zbiera się od groma, a w ostateczności wyjdzie jak zawsze- połowy zapomnę, o reszcie wspomnę gdzieś pomiędzy przepisem a wycieczką...

Najpierw może żywy dowód na to, że wbrew temu, o czym będzie w kolejnej części posta, matka natura miała z wiosną dobre, prawidłowe zapędy...
Były na ten przykład forsycje...
To taki wdzięczny, niepozorny krzaczek, który zawsze, ale to zawsze kojarzy mi się właśnie z początkiem wiosny:





Na niektórych zdjęciach, co na pewno wyłapało bystre oko Czytelników, widać nawet takie zjawisko, o którym mówimy: ale słoneczny dzień... 
Zjawisko to, w północo-zachodniej części Polski zdaje się być już powoli zapomniane, ale od czego mamy zdjęcia! 

Wracając zatem do czasów, kiedy jeszcze wszyscy mieliśmy nadzieję na normalną, pogodową kolej rzeczy, na mojej osobistej działce też się wiosennie zadziało: 







Jak widać, pojawiły się tulipany, ostróżka, łubin ruszył jak oszalały i pojawił się tak ukochany przez nas lubczyk... Co roku, kiedy domowo wyeksplatujemy biedronkowe hiacynty, dostają drugie życie na działce, a towarzyszą im między innymi szafirki, które pokazywałam już w poprzednich latach...

Skoro wiosna, to pojawiły się i wielkanocne akcenty...



Dawno nie pokazywałam psa, więc proszę- żyje, właśnie obchodziliśmy drugą rocznicę, kiedy pojawił się w naszym życiu... Ciekawe, czy biedak nie żałuje... Podobno można i zagłaskać na śmierć, a tu jak widać, do głaskania dwie pary rąk...


Świnki, również w formie:


Przyszedł Wielki Piątek i naprawdę nie obrażając niczyich uczuć, ale sama osobiście też miałam uczucie, że to mój WP... Już wyjaśniam... Po zwolnieniu, na którym byłam jakiś czas temu, wróciłam oczywiście do zasmarkanych i kaszlących maluchów. Nie wiem, czy moja infekcja nie była wyleczona do końca, czy mój organizm się buntuje, ale po dwóch dniach z powrotem miałam katar. Do Marcina do Gdańska jechałam już z wrażeniem, że poszło mi na zatoki, ale tak bardzo czekałam na ten wspólny weekend, że nawet noga w gipsie by mnie przed nim nie powstrzymała. Zaopatrzona we wszelkie możliwe medykamenty, łapałam w pociągu te krótkie chwile, kiedy w przedziale nie było nikogo poza mną, i smarkałam na całego... Po powrocie do Szczecina było tylko gorzej, ale... Właśnie: "ale"... Dwie koleżanki poszły na zwolnienie w tym przedświątecznym tygodniu... Nie było co prawda kompletu dzieci, ale było ich całkiem sporo, a ja z każdym dniem czułam się coraz gorzej, żeby w piątek koło 13 mieć taki kryzys, że było mi już totalnie wszystko jedno, czy mnie zwolnią, czy nie, ale jedyne o czym byłam w stanie myśleć, to o tym, żeby pójść do domu i wziąć coś na ten potworny, zatokowy ból głowy. Kto miał, ten wie o czym mówię. Ten, kto wie o czym mówię, niech sobie wyobrazi osiem godzin z dziećmi, które nawet z gilem po pas, wydają z siebie całą gamę odgłosów, bo takie Ich prawo... Jeśli mam być szczera, to nie wiem, jak dotrwałam do końca, a żeby było śmieszniej, miałam faktycznie zmianę "do końca", czyli zamykałam tego dnia przedszkole. Zadzwoniłam do Marcina, żeby po mnie przyjechał, bo nie byłam w stanie wracać autobusem do domu. Kiedy w końcu się tam znalazłam, dopiero po konkretnej dawce leków, byłam w stanie zacząć myśleć, że chciał- nie chciał, przecież musimy się zmobilizować i coś zrobić w związku ze Świętami. Na szczęście malowanie pisanek to zawsze działka Marcina, ja tylko zrobiłam Im parę fotek do rodzinnego albumu...

Co prawda zanim pomalowali jajka, Marcin musiał iść po drugie farbki, bo te, które kupiliśmy wcześniej nadawały się dla ludzi, którzy mają czas się bawić, albo nie mają 4,5letniego dziecka... Generalnie chodzi o to, że żeby uzyskać taki efekt, jaki zachęcił nas z opakowania (głupcy nie doczytali już w sklepie jak się go osiąga!), trzeba trochę nad tym popracować... No, że ja na to nie wpadłam, to nie dziwi mnie to zupełnie, ale że Marcina nic nie zaniepokoiło?! 



W sobotę przed święconką odbyliśmy maraton za tortem, ale o tym albo kiedy indziej, albo nigdy. Odstawiliśmy Elizę do babci (kontynuuje moją tradycję, zawsze z bratem już sobotę spędzaliśmy u babci i uwielbialiśmy to), a następnie Marcin i Lila poszli czynić swoją powinność:


Po powrocie czekała na Lilę niespodzianka- była moim pomocnikiem przy pieczeniu brownie. Tak, tak- typowe polskie, wielkanocne ciasto, wiem :)


Po brownie upiekłyśmy jeszcze w duecie sernik dyniowy, kolejna pozycja, której nie może zabraknąć na wielkanocnym stole... :)


W niedzielę z samego rana pojechaliśmy do Mamy... I w sumie tu pojawia się chyba pierwszy , naprawdę optymistyczny akcent w tym poście :) No zobaczcie sami, mieć dwie takie pomocnice, które uwijają się jak małe mróweczki w machinie wielkiego mrowiska, zwanego świętami, żeby mama mogła sobie spokojnie selfiaki strzelać? Bezcenne...




Nie mówiąc już o tym, że dziewczyny przez ten kawałek dnia i noc, wyraźnie się za sobą stęskniły :)




Nasze tegoroczne słodkości... Domowe i nabyte drogą kupna...





A tu, wyszarpaliśmy dosłownie godzinę, kiedy udało się podczas tych Świąt wyjść na normalny spacer, nie ryzykując totalnego zmoczenia i urwania głowy. No paskudna nam się pogoda trafiła! Jak przypomnę sobie swoją radość, kiedy odkryłam, kiedy w tym roku wypada Wielkanoc... Ha! Oczyma wyobraźni już brodziłam gołymi stopami po polskim morzu! Już grilla odpalałam i leżaki wyjmowałam, przekonując samą siebie, że jajeczko z taką grillowaną kiełbasą się nie pokłóci... Już w styczniu miałam gotową na ten dzień sukienkę pastelową z dekoltem na plecach... Tu się akurat problem sam rozwiązał, bo nie schudłam do niej, tyle, ile powinna... Tak, czy siak- słońce miało nas przyjemnie ogrzewać, temperatura miała być na tyle wysoka, żeby te wszystkie zimowe łachy dawno już wisiały w najdalszym kącie szafy... A tu dupa.  Jaraliśmy się, bo przez godzinę nie padało i nie wiało.






Wracając ze spaceru spotkaliśmy moją chrześnicę, Basię, z rodzicami i bratem. Jaka była radość! Dziewczynki się bardzo lubią, a i my ucięliśmy sobie przyjemną pogawędkę. Mam nadzieję, że kiedy już przyjdzie PRAWDZIWA wiosna, a może od razu lato (bo i taki wariant dopuszczam), uda nam się zorganizować jakąś wycieczkę z rodzinką Basi.


Wracając do pogody, to od Świąt mija dokładnie tydzień i nic, ale to nic się nie zmieniło... Mając na ranną zmianę zakładałam typowo zimową kurtkę. Czy ktoś się dziwi, skoro w nocy wróciły przymrozki??? Wróciły i już niestety odnotowałam straty na działce- szlag trafił serduszkę, która już prawie kwitła i brunery, które zdążyły wydać piękne kwiatki...



Mam tylko nadzieję, że w porę z powrotem okryłam hortensję ogrodową...
Nie no, ja oczywiście rozumiem, że te wszystkie powiedzenia ludowe, jak "w marcu jak w garncu" oraz "kwiecień plecień..." nie wzięły się z powietrza i jak świat, światem przednówek i początek wiosny mają swoje prawa. Jednak, jak mówi powiedzenie, które możemy zastosować właśnie teraz: PRZEPLATA! Nikt nie mówił, że wróci (prawie) zima i tak sobie będzie tu z nami w najlepsze. No do jasnej cholery, przecież przedszkolaki z mojego przedszkola utopiły marzannę. Mam na to dowody! Także, litości! Matko naturo- odpuść już.

Jutro zaczynamy kolejny tydzień. Całe pięć dni, do równie długiego odpoczynku, zwanego majówką. Ze względu na 60-te urodziny Mamy udało mi się dostać 2-go maja wolne. Plany na wyjazd były bardzo, bardzo ambitne. Skutecznie stłumione na chwilę obecną przez prognozy, ale nie poddajemy się i cierpliwie czekamy. W końcu, gdzieś w Polsce chyba nie będzie padało ;)

Ps. Chętnie przyjmę sprawdzone, domowe sposoby na chore zatoki. Tak, ta historia trwa nadal. Antybiotyk? Pewnie, że mogłabym. Tylko, że to osłabi moją odporność, a jak wiadomo zarazków i bakterii w moim miejscu pracy nie brakuje. Uwielbiam moje maluchy, ale nie oszukujmy się- niektóre z Nich to chodzące bomby biologiczne...

środa, 12 kwietnia 2017

Rzeżucha...

Równie dobrze mogłabym zatytułować ten post: "Jak szybko i skutecznie zapomnieć o urlopie".
Tak, tak- byliśmy na małym urlopie. Takim tyci- tyci. Trzydniowym, konkretnie. Jednak co to był za urlop! Po pierwsze- we dwoje (WE DWOJE!!!), po drugie- w Trójmieście, do którego od jakiegoś czasu mam słabość, po trzecie- wstrzeliliśmy się chyba jakimś cudem w okno pogodowe.

To były naprawdę wyjątkowe trzy dni... Korzystaliśmy, oj korzystaliśmy... :) Zdjęcia poniżej...






Jednak wszystko co dobre, szybko się kończy, a w moim przypadku skończyło się nie tylko szybko, ale i dobitnie- jeszcze w Gdańsku dostałam krótkiego smsa ze zmianą grafiku, ponieważ zachorowała koleżanka. W poniedziałek okazało się, że "odpadła" kolejna i zostajemy we dwie... plus stażystka. Z jednej strony Jej obecność ratuje nam teraz życie, z drugiej dziewczyna jest kompletnie zielona, z trzeciej- żal mi Jej okropnie, bo trafiła tu chyba w najgorszym możliwym okresie... Mam tylko nadzieję, że się nie zrazi, nie zniechęci, przeżyje ten chrzest bojowy i będzie z nami na dłużej...

Dzieci chorują... Dziś wykonałyśmy trzy telefony do rodziców... Nie chcę nawet myśleć o tej zarazie w kontekście Świąt. Może i padnę w piątek wieczorem na twarz, ale chcę być chociaż zdrowa...
Zmiany mamy takie, że w domu ostatkiem sił zmuszam się do ugotowania obiadu dla dziewczyn, przygotowania się do zajęć na kolejny dzień, a dziś- kiedy umyłam podłogi, miałam ochotę przyznać sobie Nobla w nowej kategorii, jaką byłaby akrobatyka na mopie w stanie agonalnym, czy coś w ten deseń...

Święta najchętniej odłożyłabym w czasie... Musiałam schować dumę do kieszeni, i zadzwoniłam do Mamy z informacją, że niestety nie dam rady zorganizować śniadania wielkanocnego u nas. Jest mi tym bardziej przykro, że Marcin bardzo się na nie cieszył... Ostatni raz u nas w domu była Wigilia po narodzinach Lilki... ponad 4lata temu. Niestety, nie mam nawet posianej rzeżuchy, mimo, że kupiłam ją chyba pod koniec lutego... I ta rzeżucha, to był chyba dzisiaj taki emocjonalny gwóźdź do trumny...

Mimo to, życzę Wam wszystkim przede wszystkim spokojnych, rodzinnych i pogodnych Świąt. Cieszcie się sobą, bo to najważniejsze.

sobota, 1 kwietnia 2017

Lubimy, lubimy...

Takie weekendy, jak ten ostatni- lubimy...
Kiedy naprawdę czuć, że jest wiosna. Kiedy można to poczuć, a nie tylko wnioskować, patrząc na datę w kalendarzu.
Było ciepło, ale nie upalnie.
Słonecznie...
No i byliśmy w czwórkę!  
Chętnie odkrywamy nowe miejsca, ale zdecydowanie częściej wolimy powracać do tych, które nas czymś ujęły.
Tym razem postanowiliśmy wrócić do Nowego Warpna i Trzebieży. Ja, Marcin i Eliza znamy te miejsca dobrze, za to Lila była tam dopiero po raz drugi. Na zdjęciach najlepiej widać, czy Jej się podobało :D

Nowe Warpno...

Serniczek do kawy...

Cóż mogę napisać... Nasze Dzieci mają to zdecydowanie po mnie- dla mnie każda wycieczka byłaby niepełna, gdybym nie spróbowała miejscowego jedzenia :) 
Trudno się zatem dziwić Dziewczynom, że po zaledwie kilkunastominutowym spacerze, twierdziły, że są już głodne i jeśli zaraz czegoś nie zjemy, to będziemy wracać z dwoma ciałami w bagażniku :) 
Ja tam jestem bardzo podatna na takie groźby... 


Faktem jest, że trafiliśmy naprawdę dobrze- domowe pierogi, domowe naleśniki. A to wszystko podane ze szczerym, niewymuszonym uśmiechem. Do tego tak serdecznie, że człowiek prawie wierzy, że ta młoda dziewczyna cieszy się, że mogła przyjść do pracy w niedzielę, aby obsłużyć właśnie nas :) 



Brzuchy pełne, ale to żadna przeszkoda, aby pobiegać. Właściwie to po takim posiłku, ruch był nawet wskazany- ale żeby od razu taki intensywny?! No tak, to przecież dzieci...



Nowe Warpno cd...


Trzebież i... księżniczka zmierzająca do zamku :) 


Dziewczynom póki co nadwaga nie grozi...
Nic nie zdąży się odłożyć :)
Ps. Też kiedyś taka byłam. Dawno, daaaaaaaawno temu...




Te zdjęcia zatytułowałam na fb "Każdy ma taki Zanzibar, na jaki go stać" :D 
Nasz Zanzibar był całkiem w porządku, choć jednak wiosenne kurteczki wskazane :)



Co jeszcze? Coraz ładniejsza pogoda, to coraz częstsze wizyty na działce. Z racji tego, że my nic poza kwiatami, poziomkami i paroma owocowymi krzaczkami nie uprawiamy, na razie bez spiny, na luzie- po prostu tam przychodzi. Bardziej spojrzeć, jak wszystko po zimie "ruszyło", niż coś robić...

A roślinki, co zachwyca mnie z roku na rok coraz bardziej, jakby się ścigały, która szybciej osiągnie odpowiednie rozmiary po zimie... Czasem 2-3dni i przeżywam szok, że któraś jest już taka duża. I to jest ta właśnie magia posiadania działki, która naprawdę kiedyś była mi zupełnie obca. Także jakby ktoś miał za dużo czasu i pieniędzy- polecam brać działkę bez zastanowienia :D
I daję słowo, że bez kasy i z krótką dobą, też jednak warto brać :)

Wspomnę jeszcze tylko, że odetchnęłam z ulgą, gdyż po zimie, okazało się, że grusza posadzona przez Marcina... przeżyła i ma się świetnie :) Nie spodziewamy się co prawda jeszcze w tym roku owoców, ale ale... Czy wiecie co to oznacza?  Teraz już nic Go nie zatrzyma przed budową domu i spłodzeniem syna :D
Hmm, czy aby na pewno nic? Sam zainteresowany twierdzi, że dom tak, ale jako tata czuje się już spełniony. Mamy zatem konflikt interesów :) To w zasadzie nic nowego, bo my przez większość z tych dwunastu wspólnych lat mamy konflikt :) Jakoś z tego wybrniemy... Pewnie weźmiemy kolejnego psa, samca (syn), szczeniaka (dzidziuś dla mnie) :)

W pracy wiosna również do nas przyszła... Wychodzimy już z maluszkami na ogród, jest z tym co prawda trochę roboty, ale dzieci i rodzice szczęśliwi. No i przyznam, że nam też od razu inaczej czas mija. A, że mamy ostatnio znowu ciąg adaptacji (to niewiarygodne, jaka w tym roku jest rotacja!), a co za tym idzie- płacz, płacz i jeszcze raz płacz (aż dziw, że na razie tylko dzieci, bo przy tym natężeniu decybeli też powinnam już dawno płakać), dobrze jest potem wyjść na powietrze, posłuchać śpiewy ptaków, popatrzeć na kojąco-uspokajającą zieleń...

Początek wiosny dla dzieci niemal zawsze kończy się falą katarów i innych dziadostw. U nas poszło po całości, bo nie tylko przeziębienia, ale i jelitówki oraz zapalenia spojówek. Skończyło się to tak, że nawet ja- bardzo odporny egzemplarz, w końcu poległam i wylądowałam w piątek rano u lekarza. Także siedzę sobie na "wolnym" do wtorku włącznie...

Cóż mogę powiedzieć- to nie tak, że odkąd zaczęłam pracować w żłobku, odkryłam w jakim stanie rodzice potrafią przyprowadzić dzieci do placówki. Widziałam już takie numery głównie za czasów przedszkola Elizy... Teraz widzę to po prostu dużo częściej. I o ile zazwyczaj mnie to już kompletnie nie dziwi, to czasem zdarzają się takie "akcje", że nadal mam ochotę powiedzieć: "NIE WIERZĘ!"

Poruszałam już tu kiedyś ten temat i wiem, że dzieli on głównie mamy niemal tak samo jak karmienie piersią a butelką, poród naturalny kontra cesarka i tak dalej, i tak dalej... Nie trzeba mnie przekonywać, że różne są w życiu sytuacje. Naprawdę to rozumiem. Są jednak też takie sytuacje, których nigdy nie zrozumiem, przy całej mojej wyobraźni i dobrych chęciach. A wiecie co jest najbardziej zatrważające? Szczerość rodziców. Tylko nie zrozumcie mnie źle- bo oczywiście, kiedy rodzic mówi mi, że ma nóż na gardle, to ja mogę spojrzeć na daną, konkretną sytuację inaczej... Ale kiedy jednak rodzic ma na tyle fantazji? odwagi? bezczelności?! powiedzieć mi, że ma co prawda dzień wolny, ale tyle wziął do domu roboty, że On nie wie, czy przypadkiem jutro nie przyprowadzi dziecka, które ja Mu dziś przekazuję z gorączką, no to przepraszam- nie, nie rozumiem! I zawsze w takich sytuacjach myślę to samo, co od lat- oczywiście nie dziwi mnie nie liczenie się z innymi dziećmi i ich rodzicami, którzy też potem będą w podobnej sytuacji, bo trzeba będzie coś z tym chorym dzieckiem zrobić, jeśli się zarazi (a uwierzcie- no większość się niestety zaraża), nie dziwi mnie, że panie przedszkolanki to ostatnie osoby, o których się w tej sytuacji myśli- w końcu rodzic płaci, i jeśli nawet wszystkie panie się w końcu rozchorują na raz, to On przecież wymaga, aby braki kadrowe uzupełnić w trybie natychmiastowym ( pamiętaj, Drogi Rodzicu, że choćby jedna z nas na zwolnieniu, to dwie ręce mniej do opieki nad Twoim dzieckiem, bo w większości placówek realia są, takie jakie są- ot, życie!), to jednak zawsze dziwi mnie, a może bardziej nawet boli, że nie myśli się kompletnie o swoim dziecku! Dziecku, które nierzadko w tej placówce jest po blisko dziesięć godzin! Długich godzin, podczas których nie ma szans, aby poświęcić Mu więcej czasu niż zazwyczaj, bo placówki mają swój rytm i nikt nie będzie go przestawiał, bo jedno dziecko ledwo chodzi, czy słania się na nogach. Posiłki o określonych porach, drzemka- czyli odpoczynek, tak samo, wyjście na dwór, zabawa...

I tak, ja wiem, że katar to nie choroba. I tak, biję się pierś- puszczam dzieci z katarem do przedszkola, szkoły... Ale na Boga- jest katar i katar. Wybacz Drogi Rodzicu, ale czasami wystarczy mi miesiąc z Twoim dzieckiem, żebym doskonale wiedziała, kiedy ma tylko katar, a kiedy ma taki katar, że nie funkcjonuje tak, jak zawsze. Czy Ty, która/który wychowujesz, pielęgnujesz, troszczysz (???) się o Nie od roku/dwóch jeszcze nie potrafisz tego rozróżnić? NIE WIERZĘ!

I zastanawia mnie też jedna kwestia- no przecież chyba nikt, kto posyła dziecko do żłobka/przedszkola nie wierzy w to, że Ono nie przechoruje ani jednego dnia. Trzeba się z tym liczyć, że dziecko będzie chorowało! Jedne mniej, inne więcej, ale będą.

Ach, długo by pisać, ale przynajmniej na chwilę wylałam z siebie swoje chorobowe frustracje...
Kiedyś chyba o tym książkę napiszę :)
Tylko niestety, to co widuję na co dzień, naprawdę nie wywołuje uśmiechu na twarzy.

Skoro jesteśmy już w takim nastroju, to odpowiedni moment, aby poprosić Was, abyście przeczytali historię... Rzadko to robię, praktycznie w ogóle, ale wyjątkowo mocno mnie to obeszło. Odkąd jestem mamą w zasadzie każda krzywda robi na mnie wrażenie, ale opowieść o tym, co spotkało rodzinę Mai... szczególnie porusza. Dlaczego? Bo tak łatwo się z Nimi utożsamić- ot, zwykła, bardzo przeciętna polska rodzina. I obraz tego, że życie naprawdę potrafi zmienić się w jednej sekundzie. Niestety- nie zawsze na lepsze...

Choć zdarza mi się (ostatnio częściej!) psioczyć na moją, osobistą rodzinkę, widzę jej niedoskonałości, wściekam się co rusz, to zimny pot mnie oblewa na samą myśl, że miałoby to się zmienić, że nagle nic, nie byłoby tak, jak jeszcze przed chwilą. Nie dziwi mnie więc, kiedy Mama dziewczynki mówi, że dzieli swoje życie na to przed i po wypadku...

Długo nie pisałam, to nadrobiłam... Jak to pisze Agata- wyszedł tasiemiec :)