Mama2c

Mama2c

piątek, 30 czerwca 2017

Wakacje są przereklamowane. Serio...

Od jakiegoś czasu, co roku, dochodzę do tego samego wniosku... 
A wszystko zaczęło się gdy... Eliza poszła do szkoły. I nie chodzi bynajmniej o fakt, że wakacje to plus/minus dwa miesiące wolnego, które rodzic musi ogarnąć pod kątem atrakcyjności zdarzeń, a przede wszystkim zapewnienia opieki (przynajmniej do jakiegoś wieku...) dziecku. Nie, nie- to są szkopuły, w kontekście tego, jaki ja mam osobiście problem z wakacjami. 
Wraz z zakończeniem roku, za każdym razem, czuję... jakby to najbardziej obrazowo określić- dobitną świadomość upływającego czasu. Co ciekawe, wcale a wcale, nie martwi mnie, że moje dziecko skończyło zerówkę/pierwszą klasę/drugą/trzecią/czwartą... A niech się starzeje, jak matka i ojciec. 
No właśnie- i tu jest pies pogrzebany. 
Co roku wraz z rozdaniem świadectw dochodzi do mnie świadomość, od jak dawna "wakacje" mnie nie dotyczą. Urlop, a i owszem, ale nie wakacje. Bo wakacje, to coś więcej niż urlop, i tego Wam chyba akurat nie muszę tłumaczyć...

Głęboko wierzę, że "zapomniał wół, jak cielęciem był", to nie o nas, i pamiętamy jeszcze doskonale, te wszystkie emocje, kiedy trzymając w ręce świadectwo, opuszczało się szkolne mury... Radość, beztroskę, wolność, szczęście... Nie no, właściwie idąc na urlop, czuję całkiem podobnie, ale... Matematyki nie oszukasz- ani tej w wymiarze dosłownym, ani tej w wymiarze "między wierszami". Dwa miesiące brzmi znacznie lepiej niż dwa tygodnie, prawda? To raz. A dwa? Wakacje mają zapach przygody, czegoś nieoczekiwanego, to przekonanie, że wszystko może się zdarzyć. I tu się właśnie kłania inny wymiar matematyki... Czasu, czyli metryki nie oszukasz. Pewnie, że i nasz urlop może mieć zapach przygody i przynieść wiele nieoczekiwanego, kiedy z grupką przyjaciół, na własną rękę, autostopem (dla podkręcenia klimatu, choć wątpię, żeby to w ogóle było możliwe) postanowimy dostać się do Australii/Tajlandii, czy gdziekolwiek indziej, gdzie wydaje Wam się choć trochę egzotycznie... W przypadku rodziców, zapach przygody, czyli bardziej przyziemnie, to będzie przypadające na czas urlopu ząbkowanie/ospa/skok rozwojowy w najlepszym wypadku, potrzeba zrobienia dwójeczki na autostradzie, czy wiele, wiele innych... 

Z wakacjami mam ten problem, że trochę ich po prostu nie lubię. Przypominają mi chyba bardziej niż lustro, w którym widzę się codziennie, że to wszystko, co właściwie już jest udziałem Elizy, a za chwilę będzie i Lilki, jest już nieodwracalnie za mną. Już nigdy nie rzucę szkolnego plecaka w najdalszy kąt pokoju, nie obiecam sobie, że od września poprawię się z tego, czy z tamtego (uwierzycie, że i tego może człowieku brakować?!), będę prowadzić ładnie zeszyt... 
Ta nieodwracalność może dobija mnie w tym szczególnie... 
Wierzę, że jeszcze wiele pięknych urlopów przede mną, udanych wyjazdów, przygód- jakby nie patrzeć też, a ja płaczę nad tym, że już nigdy nie będę negocjować z Mamą: "Jeszcze 5minut, proszę!" 

Ot, taki paradoks, prawda? Już nie muszę wracać przed którąś tam do domu, bo nikt mnie z tego nie rozliczy, nie poniosę konsekwencji (hmm. no chyba nie ;)), jak mam ochotę to mogę zjeść i pięć lodów dziennie, to ja wybieram, czy posmaruję się kremem z filtrem, czy nie, i ile będę siedzieć w wodzie. A tu ciekawe- bo uwielbienie dla wody przeszło mi ZUPEŁNIE. To ja jestem kierownikiem wakacji, i decyduję, czy spędzimy je robiąc maraton po muzeach, czy przeleżymy na plaży w Ustce... To ja decyduję o czyimś pięć minut krócej/dłużej... 
I co? 
I wcale nie jest mi z tym aż tak dobrze. 
Skoro więc ani pieniądze, ani władza szczęścia nie dają, to co je da??? 
WYPRZEDAŻE ;)
Już się zaczęły! 

Zdjęć typowo pod tego posta nie robiłam, ale jak trochę pogrzebać w pierdyliardzie folderów, to zawsze coś się na daną okoliczność znajdzie... W większości na zdjęciach jest działka mojej sąsiadki. Dla mnie ma ona typowo sielski urok. Na pewno tu kiedyś o niej napiszę, bo jestem nią zauroczona. Jestem też ja... Może nadal, prawie 5lat po porodzie, nie pokażę Wam brzucha, ale pokazać się bez makijażu? Nie mam z tym problemu ;) 
Jest też Misiek, pustynny pies stepowy. Pierwszy działkowiec w naszej rodzinie... I lodowa Lila. Jestem pewna, że jeśli za lat 30 z małym hakiem, Lilę dopadną podobne egzystencjonalne bóle, jak mnie dzisiaj, to rożek czekoladowy załatwi sprawę :)






















Choć moje odczucia z pewnością nie są spowodowane aurą, to nie ukrywam, że początek lata mamy paskudny. Żal mi ludzi, którzy czasem naprawdę cały rok odkładają na ten tydzień, czy dwa urlopu, a potem marzną, mokną i zamiast wypocząć- tylko się stresują. Tylko proszę- nie radźcie, że lepiej jechać tam, gdzie pogoda piękna i gwarantowana, co najważniejsze. Pewnie, że lepiej. Tylko, że nie każdy chce lecieć na zagraniczne wakacje. Znam masę ludzi, którzy chcieliby wakacjami cieszyć się tu, na miejscu. Tymczasem...

Dziś musiałam odbyć szkolenie BHP. Na drugim końcu miasta, ale to w zasadzie nie ma nic do rzeczy, ponieważ zanim wsiadłam do autobusu, miałam całkowicie przemoczone buty (nie, to nie były sandałki ;)) a nogawki mokre tak do połowy łydki. Na wyposażeniu, i w użyciu miałam całkiem spory parasol. Temperatura spadła do 15stopni, wieje silny i zimny wiatr...
Pewnie powinnam się już przyzwyczaić. Tyle, że ja nadal pamiętam (ach ta pamięć! i na co mi ona...) lata, kiedy dorośli bardziej martwili się o to, że deszczu nie ma, i że jest za sucho, niż o to, że na osiedlu woda stoi...

Pocieszmy się, że to naprawdę dopiero początek lata/wakacji... Jeszcze wszystko może się zdarzyć. Niech się dzieje, ale tylko pozytywnie...

sobota, 24 czerwca 2017

Jeden dzień w Rostocku...

...czyli chciałoby się rzec- idąc za ciosem, zaliczyliśmy kolejne, niemieckie miasto.

Lubimy zoo, w kilku udało nam się już być, do niektórych wracaliśmy nawet kilkukrotnie, a niektórym drugiej szansy nie damy.  Najbliżej nam do zoo po stronie niemieckiej, o czym już wspominałam. I dlatego właśnie tam jeździliśmy najczęściej. Niestety, zoo w Ueckermunde według nas popsuło się zupełnie, a z kolei w Eberswaldzie, to już dla nas za mało. Zdecydowanie czuliśmy, że chcemy zobaczyć coś nowego. Do wyboru mieliśmy dwa ogrody zoologiczne, które byliśmy w stanie "zrobić" jednego dnia- w Rostocku i Berlinie. To drugie jeszcze przed nami, nie trudno więc zgadnąć, gdzie wylądowaliśmy w Boże Ciało.

Postawiliśmy na Rostock, i do dzisiaj, choć minął już ponad tydzień, jestem pod ogromnym wrażeniem tego zoo. Co do miasta- ciężko mi się wypowiedzieć, ponieważ przeszliśmy się głównym deptakiem w zasadzie, do trasy nad wodą (którą upatrzyłam sobie w necie) nawet nie doszliśmy- zwyczajnie nie było już czasu, choć i tak wydłużyliśmy nasz pobyt o ponad godzinę.

Co zatem mogę powiedzieć o tym miejscu? Przede wszystkim Dziewczyny mogły zobaczyć inne zwierzęta niż dotychczas. Przyznam, że i na mnie niektóre zrobiły wrażenie, choćby widziane po raz pierwszy na żywo pelikany. Młodziutka kozica górska rozbawiła nas do łez- dosłownie jakbym widziała 2,5-3letnie dziecko w akcji. Brykała w nieskończoność, kiedy rodzice spokojnie oddawali się konsumpcji. Goryle i szympansy widziałam już jako nastolatka w warszawskim zoo, ale zawsze przyglądam się im z uznaniem i ciekawością. Dzieli nas przecież tak niewiele ;)

A kiedy jesteśmy już przy tym, to może wykorzystam okazję i napiszę Wam od razu dlaczego przede wszystkim warto jechać do tamtejszego zoo. Ich darwineum, to jest miejsce, które naprawdę warto zobaczyć. Nie wiem ile milionów euro kosztowało jego wybudowanie, ale jest niesamowite. Niestety zrobiliśmy błąd, bo poszliśmy do niego na samym końcu, a najlepiej od niego zacząć. Brak mi słów, które oddałyby wartość dydaktyczną, estetyczną i jakąkolwiek inną, wklejam Wam więc krótki opis z TEJ strony:

DARWINEUM, nowoczesny świat przyrody i nauki w ogrodzie zoologicznym w Rostocku, to jedyny tego rodzaju obiekt w Europie. Składa się z kilku ułożonych chronologicznie wystaw poświęconych ewolucji od wielkiego wybuchu do czasów współczesnego człowieka. Mieści się tu między innymi rotunda z interaktywną wystawą na powierzchni 1300 m² z akwarium meduz, pawilon małp człekokształtnych o powierzchni 400 m² i zajmujący 10 000 m² teren zewnętrzny. 

I tak najwięcej, jak zawsze, powiedzą Wam zdjęcia, także postaram się tym razem pod każdym napisać choć jedno zdanie.



Zoo jest naprawdę spore, także często można spotkać jego pracowników, poruszających się takimi autkami. Jest także opcja obwoźnego zwiedzania zoo, ale to już nie takim pojazdem. 


Pelikany, tu niestety nie widać, jakie to duże ptaki.


Jedna z atrakcji dla dzieci- tzw. domek myszek. Przyjrzyjcie się dokładnie, gdzie widzicie je na zdjęciu.

Tak, one są wszędzie, ponieważ to ich domek :) Na stole pełno jedzenia, niczym szwedzki stół- surowe warzywa, ugotowane jajko, pajda chleba, woda w filiżankach, zboże na talerzykach... Bardzo, bardzo pomysłowe, ale zapach okropny :) Mimo, że czyściutko było tam bardzo czysto. 




Piwonie, ale w ogóle nie pachniały jak nasze, rodzime. 


Gekon lamparci. Akurat to zwierzątko nie uszło Lilki uwadze, ponieważ Jej koleżanka jest szczęśliwą posiadaczką gekona...


No, takie liście, w słoneczny dzień to ja rozumiem :) Naturalna parasolka :)


Ta roślinka też mnie zainteresowała, poniżej na zdjęciu jej nazwa i cechy. Wygląda jak trochę inna choinka :)



Kotki :) Były zamknięte, ponieważ na ich wybiegu koszono trawę. I nie były z tego powodu zadowolone :)



Flamingi. Bardzo modne tego lata, prawda?


Z tego naturalnego wzniesienia można było oglądać duże koty, ale niestety zupełnie nie mieliśmy szczęścia i żadnego nie udało nam się wypatrzeć.


Wybieg lwów... My widzieliśmy tylko trzy lwice, jaśnie pan gdzieś polazł.


Skorpiona też nie wypatrzyliśmy, ale bardzo ciekawe rozwiązanie na jego lokum, prawda?


Mostek nad wodą i dużo śmiechu i pisków, kiedy nim szliśmy.


W takich ładnych okolicznościach przyrody znajdują się tam toalety.


Aligatory, czy krokodyle? Nie pamiętam. W każdym razie- wilgotność powietrza na poziomie 73%... Uff, jak mokro, gorąco i nie do wytrzymania. Od razu wiadomo, że człowiek nie pochodzi od krokodyla :)



Nie wiem, czy za kratą widać te ptaki... Niesamowite. Mają silny, mocno dziób, a nad nim? No właśnie, co to w ogóle jest... :) Nie wspomnę o tym, że na naszych oczach pożerał innego, mniejszego ptaka, i tak mu chrupały te kostki. Bleeee.


Wiadomo, że mnie zachwyciło :)


Kozice górskie, spójrzcie na tego "dzieciaka" :)


Rododendrony... Pamiętacie te z Przelewic? Te były ze dwa razy wyższe, niestety już przekwitły. Podobno zanim powstało tu zoo, mieścił się tam ogród dendrologiczny. I patrząc na te okazy, jestem pod wrażeniem. A wypatrzył je Marcin! Uwrażliwiłam go na piękno ;)




Ryś... Przepiękny!

A tu można było zjeść, odpocząć... Takich miejsc w cieniu było sporo. Wszystkie zadbane i czyste.


Śmietniki, sztuk trzy.


I to co mnie tam szczególnie ujęło- miejsca, gdzie dzieci mogą przeprowadzać wodne eksperymenty. Było ich całkiem sporo i cieszyły się dużym zainteresowaniem naszych dziewczyn...


Karmienie piersią w plenerze... I o co ten hałas :)


 Eksperymentów ciąg dalszy...



Symulacja jak dochodzi do zalewania wiosek. Jak działa tama w praktyce :)


Mały szoping :)
Którą wybrać...
Tu akurat kupiliśmy żółwia. Różowego, of kors!
 


Idziemy w stronę darwineum...


Teoria Darwina? Lilce wystarczyło wspomnieć, że pochodzimy od małpy i już miała na ten temat swoją własną teorię :)

W tle statek, którym podróżował Darwin i trasa Jego podróży, podświetlona punkcikami.


W darwineum, każda epoka w dziejach świata była oddzielnym pokojem. To jeden z pierwszych i tańczące meduzy! Niesamowity widok.


Rafa koralowa. Można stać i patrzeć godzinami.



 Skamieniałości. Robią wrażenie!





Dawne dzieje :)




A to już goryle...



Leniwy leniwiec :)

Strudzona matka, (nie)polka...


Darwin i Jego teoria...




Kwitnące hortensje... Moim jeszcze trochę brakuje...





Jeśli nie macie zbyt daleko do Rostocku, to naprawdę gorąco polecamy Wam taką wycieczkę. Bilet rodzinny, w porównaniu do Ueckermunde i Eberswaldu był niemal dwukrotnie wyższy, ale absolutnie wart tej ceny. Czego nie widzieliście na zdjęciach? Naprawdę fantastycznych placów zabaw. Niestety, na żaden nie poszliśmy, mimo, że mijaliśmy dwa świetne miejsca. Pech chciał, że mimo, że turystów było jak na lekarstwo (w końcu to był czwartek,oficjalnie wciąż rok szkolny), to trafiła nam się za kompanów zwiedzania grupa przedszkolna... Heh, człowiek ma dzień wolny a i tak prześladują go dzieci :) Tak się akurat składało, że często nasza trasa krzyżowała się z Ich trasą. A, że było tych dzieci ze 30... Lila nigdzie nie mogła się dopchać i się poddała. Ja z kolei nie chciałam wchodzić na plac zabaw pełen obcych dzieci i robić zdjęć, ponieważ raczej po niemiecku nie potrafiłabym wytłumaczyć, dlaczego to robię ;) Wystarczy, że zachęcona wyjazdem do Berlina, postanowiłam samodzielnie zamówić frytki... I oczywiście zamówiłam, i do pierwszego pytania z ust sprzedającego, czułam się królową języków obcych :) No ale... nie wiem, czy ja tu kiedyś wspominałam, przez tyle lat edukacji NIGDY w życiu nie miałam ani jednej lekcji języka niemieckiego!!! W Berlinie bez problemu dogadywałyśmy się po angielsku.

Trafiliśmy także niestety na czas, kiedy rozbudowywana jest część dla pingwinów, misiów polarnych i hipopotamów... Może to nawet dobrze... Będzie powód, żeby szybko wrócić, bo prace zdaje się, że mają się ku końcowi...

Mimo, że z zoo wyszliśmy naprawdę późno, nie mogliśmy zrezygnować z zajechania do miasta. W końcu raz się żyje, a od czego jest poranne espresso. Kolejną falą zdjęć z centrum Rostocku zaleję Was jednak w innym poście.

Tymczasem, krótko wspomnę, że mam już w domu absolwentkę klasy czwartej. W sumie to nie mam, ponieważ dzień po zakończeniu roku, czyli dziś, o tragicznie nieludzkiej godzinie (5.30 zbiórka!!!) wyjechała na swój trzeci obóz. Tak, tak- a ja wciąż (co Ewa pamięta najlepiej, prawda Kochana?!) wiszę Wam post o dwóch wcześniejszych :) Może teraz będzie wreszcie okazja :)
Jechali 10godzin, dość daleko, także na prawie dwa tygodnie zostaliśmy z jednym dzieckiem i znowu nam dziwnie. Inaczej...  Może faktycznie, wykorzystam okazję i uda mi się napisać coś bardziej osobistego, niż tylko relacja z wyjazdu... Hmm, byłoby fajnie...

Wakacje zaczęły się zupełnie niewakacyjną pogodą, ale to akurat u nas nie nowość. Za to tradycyjnie zaczęły się u mnie iście nostalgicznym nastrojem, ale to właśnie odda najlepiej osobny, osobisty wpis. Ciekawa jestem, czy i Wy tak macie...

Moja duma <3
Średnia 5,2
Spokojnie mogłaby być wyższa, gdyby nie lenistwo i gapiostwo.
Nie mniej jednak i tak jestem bardzo szczęśliwa, wzruszona i zwyczajnie dumna.